Będąc nauczycielem, musisz dbać nie tylko o rozwój swoich uczniów, ale również o swój. I nie chodzi mi tu tylko o kształcenie się zawodowe, a raczej dokształcanie – takie kursy są potrzebne, bo warto aktualizować swoją wiedzę oraz metodykę pracy. Innym obszarem, o który powinniśmy dbać jako nauczyciele, to rozwój osobisty – uczenie się nowych rzeczy zupełnie dla siebie.

Może wydawać Ci się to dziwnie i nie na miejscu, bo jak w ciągu dnia masz znaleźć czas na: lekcje w szkole, przygotowanie się w domu, czas z rodziną, zajmowanie się domem i jeszcze przeznaczać cenne minuty na robienie czegoś więcej dla siebie? Metod i sposobów na to, jak znaleźć w ciągu dnia choćby 15 min na uczenie się czegoś nowego jest multum. Trzeba tylko chcieć 🙂 Dziś jednak nie tym chcę się podzielić, a czymś bardzo osobistym.

Dla mnie jako nauczyciela jest niezwykle ważne to, by wciąż się rozwijać na wielu polach, nie tylko poszerzać wiedzę ze swojej dziedziny, ale również robić coś, co może się okazać kiedyś pomocne w życiu, jak np. scrapbooking. Niby błahostka i dla jednych strata czasu, ale dzięki swoim zainteresowaniom mogłam prowadzić warsztaty ze scrapbokingu podczas półkolonii Małego Geniusza. O tym też nie chcę dziś pisać. Dziś chciałabym poruszyć temat rozwoju, a dokładniej skupić się na tym, czego nauczyłam się w styczniu.

O co chodzi

Kiedy pod koniec grudnia zasiadłam do mojego kalendarza, zastanawiałam się nad tym, jaki dla mnie był rok 2016 i jaki chcę, by był 2017. Gdy spojrzałam na projekty, które chcę zrealizować w najbliższych miesiącach, wiedziałam już pod jakim hasłem upłynie mi nowy rok. Moim kluczowym słowem okazał się „rozwój”.

Jak pewnie zauważyłeś/łaś na fotografii wyznaczyłam trzy obszary owego rozwoju, a są nimi: blog, uczelnia, rozwój osobisty (prywatne cele do zrealizowania). Właśnie w tych trzech sferach chcę się rozwijać. Nie, nie są to „postanowienia noworoczne”, ale konkretne cele, które na kolejnych stronach zostały rozpisane na szczegółowe kroki (zadania), które dzień po dniu realizuję. Dlatego, jak widzisz, jeden trójkącik w obszarze bloga mam już zamalowany na znak tego, że owy cel osiągnęłam (tak, osiągnęłam, a nie został osiągnięty!).

Czasem nawet się nie zastanawiamy nad tym, ile czasu potrzebujemy na opanowanie nowej umiejętności ani też ile w ciągu miesiąca zdążyliśmy się nauczyć czegoś nieoczywistego. A takie nieoczywiste rzeczy, to doświadczenia codzienne, jak np. odmówienie komuś (ćwiczenie asertywności), odpowiednio sformułowana informacja zwrotna, wypróbowanie nowego narzędzia podczas lekcji bądź publikacji wpisu, to wzięcie udziału w webinarze, to dzień bez internetu,… itd. Długo nie zwracałam uwagi na takie błahostki, do czasu, gdy w sieci nie natrafiłam na świetny film Kasi z bloga Worqshop.  Jeśli śledzicie mojego Instagrama, to zapewne wiecie, że od października moim sposobem na organizację jest Bullet Journal. To zdjęcie pochodzi z nowego zeszytu i publicznie dzielę się z Tobą tym, ile projektów chcę zrealizować oraz chcę Ci się pochwalić czego nauczyłam się w styczniu.

Czego nauczyłam się w styczniu

Pod takim tytułem (zmieniając nazwę miesiąca) będzie się regularnie pojawiać post podsumowujący moje rozwojowe osiągnięcia (czasem wręcz banalne i zabawne). W swoim życiu zaczęłam stosować metodę belfrowską – chcę wiedzieć, w jakim miejscu jestem, czy zmierzam w dobrym kierunku i jak blisko jestem osiągnięcia tego, co zamierzałam. A teraz ten moment – już za chwilę się dowiesz, czego tak naprawdę się nauczyłam w ubiegłym miesiącu. W styczniu nauczyłam się:

1. Rozsądnego działania w sieci. Mam tu głównie na myśli social media: fanpage na Facebooku , Instagram oraz grupę „Matura z języka polskiego 2017”, której jestem administratorką. Owa rozsądność polega na dobrym planowaniu, programowaniu postów, czego skutkiem jest rzadsze bycie on-line, dzięki czemu z kolei mam czas na robienie innych fajnych rzeczy.

2. Doceniania najdrobniejszych pozytywnych rzeczy, jak chociażby pysznego sosu czosnkowego do pizzy. Naprawdę, cały dzień zachwycałam się jego smakiem. Albo bycie wdzięcznym samej sobie za to, że mimo zamieci, mrozu i „niechcenia” wyszłam z domu. Czasem można nawet być wdzięcznym za kolejkę w punkcie ksero! Ja dzięki temu miałam czas na obliczenia i zdążyłam uciec stamtąd, zanim zapłaciłabym majątek za wydruk ankiet do pracy magisterskiej.

3. Prowadzenia lekcji z innym nauczycielem. Tak, w styczniu wraz z Kacprem z bloga Rzecznik szkolny mieliśmy okazję wspólnie przeprowadzić nietypową lekcję, bowiem była to lekcja motywująca do przeczytania książki. Szczegóły tego przedsięwzięcia opisał Kacper we wpisie O tym, jak się udają lekcje czytelnicze. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie i jednocześnie przyjemność oglądać nauczyciela z powołania w akcji.

4. Dawać szansę temu, co wydaje mi się mało ciekawe. Tutaj mam na myśli – fantasy, czyli konwencję, za którą nie przepadam. Jednak ostatnim czasem przekonałam się do serii niezrównanego Sapkowskiego. Geralt z Rivii stał się tym, z kim kładę się spać i się budzę. Jeśli interesowałoby Cię, w jaki sposób wykorzystać sagę o wiedźminie na lekcjach języka polskiego, to daj mi znać – mam mnóstwo pomysłów!

 

To są najważniejsze rzeczy, jakich nauczyłam się w styczniu, o tym, co osiągnęłam, będę pisać w podsumowaniu półrocza 😉 A Ty, czego nauczyłeś/łaś się w styczniu? Czym chcesz się pochwalić?