Czerwiec był dla mnie miesiącem pokory. Doświadczenia zebrane z tamtych tygodni sprawiły, że inaczej spojrzałam na swoje możliwości. Zweryfikowałam swoje cele i wszelkie nagłe zmiany przyjęłam ze spokojem. Ten wpis będzie prawdopodobnie nieco inny niż pozostałe artykuły tej serii („Czego się nauczyłam w …”- jeśli jesteś po raz pierwszy na moim blogu, to koniecznie przeczytaj TEN wpis). Mniej będzie w nim nauki, a więcej rzeczy, których dowiedziałam się o samej sobie.

Jak można się domyślić po wstępie – zarządzanie czasem jest dla mnie czymś, co trudno mi okiełznać. Popełniam masę błędów, zakładając najbardziej optymistyczne z możliwych scenariuszy. Czasem na siłę próbuję realizować wszystkie cele, które CHCĘ zrealizować, nie patrząc za bardzo na to, co JESTEM W STANIE zrobić, bo zwyczajnie lekceważę kontekst! I tu znów przypominam sobie jeden tekst  Pani swojego czasu pod tytułem „Swoje cele zacznij realizować już dziś”. Chyba wydrukuję ten artykuł…

Planowanie kontekstowe w czerwcu

W czerwcu nie uwzględniłam kilku rzeczy, które przeszkodziły mi w obronie pracy magisterskiej (nie powinnam się tym chwalić chyba). A tymi nieprzewidzianymi rzeczami były: przeziębienie z gorączką, które dopadło mnie na początku miesiąca i sprawiło, że tydzień miałam wyjęty z życia; wyjazd zagranicę mojego promotora; pisanie eseju po angielsku. O ile choroby nie da się przewidzieć, tak na przykład z moim promotorem mogłam się dogadać i dowiedzieć się wcześniej, kiedy go nie będzie, by zaplanować inne działania, na nowo ułożyć priorytety.

Mogłam również się domyślić, że jeśli nie pisałam po angielsku esejów na 10 tys. znaków, to pisanie tego pierwszego nie będzie szło gładko. Nie mogłam jednak wziąć się za to wypracowanie wcześniej, ponieważ zajęcia z kursu w języku obcym odbywały się od 22 maja do 2 czerwca (codziennie po około 3h). Dopiero po zakończeniu kursu dostaliśmy temat eseju. Pisanie zajęło mi 6 dni. Nie wliczam tu czytania tekstu, którego interpretację mieliśmy popełnić. Mówię tu o samym procesie pisania. Przez 6 dni od rana do wieczora siedziałam nad utworem i kartką papieru. Nie lubię oddawać byle czego, więc się skupiłam na tworzeniu eseju po angielsku. Miałam jednak poczucie,wysyłając pracę, że mogę tego nie zaliczyć. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam, bo praca, którą dosłownie „wyrzygałam”, została oceniona na 4,5. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie i dziką radość.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo te wydarzenia czegoś mnie nauczyły, a konkretnie:

Zakładania mniej optymistycznego scenariusza. Mam nadzieję, że będę pamiętać o tym, że jestem tylko człowiekiem i czasem mogę zachorować.

Poznawania harmonogramu osoby, z którą współpracuję. Kiedy działamy razem, przedsięwzięcie nie zależy już tylko ode mnie i od mojego harmonogramu. Czasem niewielkie zmiany w czyimś rozkładzie dnia czy miesiąca, mogą powodować zamiany w planach projektu.

Podczas planowania – zakładania, że czynności, które wykonuję po raz pierwszy mogą mi zająć więcej czasu i z tego powodu powinnam się nie złościć. Wystarczy tylko się dowiedzieć od kogoś, kto wykonywał podobną czynność, ile potrzebował na to czasu. A potem dodać do tego „zapas”. Lepiej chyba być zaskoczonym niż rozczarowanym.

Niby czytam artykuły Oli Budzyńskiej i niby tyle wiem o zarządzaniu czasem z teorii, jednak kiedy samemu się czegoś doświadczy i dozna szkody, bo się nie posłuchało rozsądku, to lepiej się zapamięta naukę. 😉

A Ty czego się nauczyłeś/łaś w czerwcu? Podziel się swoją cenną czerwcową lekcją!