Jest 5 sierpnia i powinnam robić setki innych rzeczy związanych, nie ze szkołą (tym poświęcę czas między 19 a 31 sierpnia), a z rozwojem naukowym. Dumnie to brzmi, ale nie wiem, jak inaczej nazwać szereg działań, które mają doprowadzić mnie do doktoratu, bo w tym roku jeszcze go nie zaczynam. W tym miejscu mam ochotę wytłumaczyć się z tego, dlaczego teraz – po dwóch latach od ukończenia studiów magisterskich zabieram się za doktorat i dlaczego dopiero teraz „coś” z tym robię. Mam ochotę, ale się powstrzymam. W dalszej części tekstu dowiesz się dlaczego.

Trudno jest wrócić do pisania, zwłaszcza jeśli dawny format nie odpowiada, jeśli tematyka, która cię interesuje nieco się zmieniła i przede wszystkim – jeśli myśli się inaczej. Najchętniej zamknęłabym blog lub usunęła część wpisów, bo czytając niektóre – kiwam z politowaniem głową, śmieję się pod nosem albo mam ochotę zapaść się pod ziemię. Myślę, że te uczucia powodowały blokadę. Blokadę przed ponownym pojawieniem się tutaj. Blokadę przed jakimkolwiek działaniem, bo każdy ruch wydawał mi się niewłaściwy. Co nie zrobię, będzie źle. Ten tekst też wydaje mi się zły, ale ma przynajmniej tę zaletę, że jest szczery.

Po wielu tygodniach rozmyślań, setce przeprowadzonych rozmów z różnymi osobami na temat moich obaw, odczuć i planów, w końcu dojrzałam. W końcu postanowiłam działać, zamiast opowiadać o tym, co chcę robić i jak bardzo chcę. To parafraza zdania, które dało mi kopniaka. Oryginalne zdanie brzmi: „Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to – zamiast opowiadać o tym, jak bardzo chcesz” i pochodzi z książki Michała Szafrańskiego „Finansowy ninja” (nie, nie jest to wpis sponsorowany, książkę dopiero zaczęłam czytać). Postanowiłam działać, bo za długo, o kilka miesięcy za długo, mówię o tym, o czym bym napisała i za długo obiecuję wpisy, których nawet nie zaczęłam pisać. Za dużo mówię o działaniu, zamiast działać.

Dlatego to piszę, dlatego to czytasz, chociaż czytasz z jeszcze z innych powodów.

Parafraza w tytule pochodzi z wiersza Czesława Miłosza pt. „Piosenka o końcu świata”. Internet dalej działa i będzie działać, nawet jeśli zamknę blog; dalej inni będą pisać i dzielić się tym, co jest dla nich ważne i tylko nieliczne grono dostrzeże, że coś się zdarzyło, bo dla wielu kres pewnej epoki w moim blogowym życiu będzie niewidoczny. Dla mnie ten kres jest znaczący.

Ckliwe, nie?

Wydaje mi się, że dość tandetne, ale z czegoś biorą się tytuły, motta i nasze działanie. A ostatnio uderzyło mnie mocno to, jak bardzo moje działanie nie jest samoistne, nie wypływa ze mnie. Moje działania wypływają z tego, czym się karmię. Skłamałabym, pisząc, że sam pokarm wystarcza, trzeba go jeszcze strawić i przerobić na energię, a niepotrzebne, zbędne elementy – wydalić. I tak sobie działam jako nie-samowystarczalny organizm. I ma to swoje plusy, bo nawet oglądając mało ambitny serial, coś wynoszę z niego. Jak przyjrzysz się uważnie schematowi, zobaczysz pewnie w nim nie tylko analogię do układu pokarmowego, ale proces uczenia się – to tak na marginesie.

Czas na anegdotkę (jakby cały tekst nią nie był)

Wracając niedawno ze spożywczych zakupów, zobaczyłam na przystanku autobusowym elegancko ubranego mężczyznę w średnim wieku, który palił papierosa. Moja pierwsza myśl była uroczo stereotypowa: „Dlaczego skoro jest bogaty, jeździ komunikacją miejską? Przecież biznesmeni wożą się Mercedesami.” Jak tylko to pomyślałam, od razu złapałam się na tym, że to stereotyp i że powody, dla których ten pan jeździ autobusami (bądź nie, po prostu stał na przystanku, równie dobrze mógł czekać na kogoś) są różne, tak samo różne mogą być przyczyny jego stroju, który w ogóle może nie być związany ze jego (pana) stanem finansowym. Zaczęłam potem zastanawiać, skąd dokładnie wzięły się moje stereotypy, jaki mają wpływ na to, jak postrzegam – oceniam innych i co sama robię. [Tak, wiem – psychologie i antropologowie już o tym pisali.] Co sama robię, żeby budować w innych postrzeganie mnie w dany sposób. Tego dnia zrodziła się we mnie głęboka potrzeba robienia wszystkiego po swojemu bez zwracania uwagi na to, czy to się wpisuje w mój profil/zawód/płeć/pochodzenie. Zaczęło mnie (po raz nie wiem który) uwierać wchodzenie w schematy, układy, które nie są dla mnie naturalne, do których się zmuszam, a w które z racji zawodu, działania, środowiska – wchodzić muszę. Te układy dotykają różnych sfer, od komunikacji, przez zakres tematów, które mogę („wypada”) poruszać, po błahy – ubiór. Cenię sobie wolność, więc dużo mnie kosztuje wchodzenie w takie układy. Nawet niepozorne „ubranie się jak człowiek” na 8h jest dla mnie dyskomfortem fizycznym, bo lubię chodzić w wygodnych, luźnych ubraniach, najlepiej jeszcze bez stanika (wiem, nie wypada mi o tym pisać) – ale przecież jako nauczycielka nie mogę tak pójść do szkoły. To znaczy – mogę, ale poniosę inny koszt – wizerunkowy. Może Ci się to wydawać śmieszne albo wręcz żałosne, że mam takiego typu dylematy – masz do tego prawo, bo jesteśmy w zupełnie innych miejscach. Ja mam swoje „problemy”, a Ty swoje, żyjemy w innych kontekstach. Inność czasem budzi śmieszność, ważne żeby potem pojawiło się coś jeszcze.

Te rozmyślania po zobaczeniu elegancko ubranego pana zbiegły się z moimi wnioskami po kilkumiesięcznych obserwacjach świata Internetu. Kiedy nie tworzysz – masz więcej czasu na konsumpcję i obserwację z dystansu. Zwłaszcza w świecie mediów społecznościowych widoczny jest dobrze wizerunkowy stan rzeczy – pokazujemy to, co będzie budować nasz pozytywny obraz w oczach innych i mówimy to, co będzie wzmacniać ten pozytywny obraz; unikamy tego, co może być niechcianym kleksem. Sama tak pisałam teksty na blogu. Sama pokazywałam to, co będzie nie tylko budować pozytywny obraz w oczach innych, ale będzie potwierdzać to, co myślę o sobie. A przecież myślę o sobie dobrze. Sama wpędzałam się w układy, które częściowo były dla mnie OK. I to mnie trochę zmęczyło. Zmęczyło mnie to, że w pewnym momencie ludzie zaczęli mnie postrzegać w określony sposób i teraz powinnam podtrzymywać ten wizerunek – nie mogę sobie pozwolić na błąd, nie mogę napisać o porażce, nie mogę napisać, jak naprawdę się czuję. To znaczy – mogę, ale kosztem rozczarowania moich Odbiorców.

I teraz – dlaczego o tym wszystkim piszę, w dodatku w tandetnie pamiętnikarskim stylu?

Bo chcę, żebyś jako mój Czytelnik, Czytelniczka wiedział/a, że nie mam Cię gdzieś, tylko przechodziłam trudną dla mnie zmianę. Zmianę, o której można mówić, pisać, kiedy się jest na to gotowym. Chcę, żebyś wiedział/a, że będzie tutaj inaczej i chcę Cię uprzedzić, zanim się rozczarujesz, zanim zaczniesz czytać nowe teksty zdezorientowany/a.

To dzieje się już, tylko bądź proszę cierpliwy/a.

 

Ściskam Cię mocno – Samanta

 

PS. Chcę tylko uspokoić, że nowe wpisy nie będą w pamiętnikarskim stylu 😊