Ten rok był dla mnie pod wieloma względami intensywny. Jak Wam wspomniałam mediach społecznościowych – zaniedbałam podstawowe rzeczy, które pomagały mi utrzymać jakąś równowagę zarówno w sferze psychicznej, jak i fizycznej. Nie jest to dobre, ale piszę o tym, ponieważ uważam, że to ważne, aby mówić i pisać również o tej „ciemnej” stronie zaangażowania, które dziś – z perspektywy czasu – uważam za niezdrowe. Mimo tych trudności zrobiłam coś, z czego jestem dumna.

 Wszystko zaczęło się od …

Czekałam na ten moment całe studia. Na moment, kiedy wejdę do klasy i zacznę robić wszystko po swojemu. Po swojemu wybierać tematykę zajęć, kolejność tematów, długość cyklów lekcji i całych działów. Oczywiście z pełną odpowiedzialnością za to, co się wydarzy i nie wydarzy. Myślę, że na początku tej wędrówki obalania stereotypów dotyczących lekcji polskiego pomocny byłby tekst, który przeczytałam gdzieś dopiero na początku II semestru. A tekst ten dotyczył wprowadzania innowacji. Przeczytajcie, bo naprawdę warto. Mnie on uświadomił kilka ważnych rzeczy, które pomijałam w moim podbijaniu świata literaturą i kulturą w szkolnej klasie, kiedy robiłam rzeczy inaczej niż do tego byli przyzwyczajeni uczniowie i rodzice. Mimo wszystko dalej robiłam to, co uważałam za słuszne.

 

Nie ma na to mojej zgody, by moi uczniowie samotnie błądzili z lekturą. Nie ma zgody na to, że sięgają po streszczenie, bo nie rozumieją treści. Nie ma zgody na to, że czytamy książki tylko do/dla egzaminu. Nie ma na to mojej zgody, by uczniowie nie notowali podczas czytania. Nie ma na to mojej zgody, by czytanie było przykrym obowiązkiem.

 

Moje próby zmiany czytania doprowadziły mnie do tego, że miałam ochotę się tym podzielić.  Tak powstał pierwszy wpis o lekturowniku – mój sposób czytania lektur szkolnych. Dalsze wcielanie w życie pomysłu, obserwowanie niewielkich zmian, informacje zwrotne od uczniów i gdzieś w przelocie usłyszane od rodziców, że „ma to sens”, sprawiały, że mimo wielu trudności, oporu – szliśmy w to dalej. Gdzieś wrzucałam zdjęcie z opisem tego, co się działo; innym razem dłuższy tekst i tak pojawiła się propozycja od Wydawnictwa Operon, której się nie spodziewałam. Przez kilka miesięcy w ciszy stukałam sobie w klawiaturę, żebyście mogli w połowie maja wziąć udział w kursie online dedykowanym nauczycielom. Kurs poświęcony oczywiście Lekturownikowi.

Ten krok dodał mi odwagi, żeby pójść jeszcze dalej i opowiedzieć o swoim doświadczeniu podczas Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej „Lektura wobec wyzwań współczesności”, która odbyła się w Rzeszowie. Mówiłam o badaniach IBE na temat czytelnictwa dzieci i młodzieży oraz realizacji programu w świetle „nowej” podstawy programowej. Badania były prowadzone w 2014 i 2015 roku i myślę, że po obecnej reformie trzeba będzie je powtórzyć.
Mówiłam o tym, jak uczniowie czytają i dlaczego robią to w taki sposób (z czego wynika ich postawa). Następnie pokazałam od czego wyszłam w swojej pracy z lekturą, jakie postawiłam sobie pytania i co zaczęłam robić. Pokazałam, jak sama czytam książki, do czego zachęcam uczniów, w jaki sposób projektuję zadania i co to przynosi. To, czego nie zdążyłam powiedzieć, mogłam dopowiedzieć podczas dyskusji, bo zostały mi postawione mądre pytania. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to w przyszłym roku ukaże się publikacja z moim artykułem.

I wiecie co?

Jestem z tego dumna i chciałabym, żebyście byli świadomi, że byliście tego udziałem.

Cokolwiek w życiu robimy, choćbyśmy nie wiem, jak bardzo czuli, że robimy to sami – nie robimy tego samodzielnie. Jasne, że opracowałam własny sposób czytania lektur i wcieliłam go w życie, ale to wynikało ze wszystkich moich doświadczeń (szkolnych, uniwersyteckich i prywatnych); tego, jakie badania czytałam i jaką literaturę – w tym uczestniczyli inni ludzie. Książki, badania nie powstają same z siebie – tworzą je ludzie.

Jasne, że sama napisałam cały kurs, ale nie zrobiłabym tego bez udziału moich uczniów, którzy byli moją inspiracją, „podmiotem badań” i adresatem działań.

Jasne, że wygłosiłam referat (matko, jaki mi teraz wstyd za niego!), ale tylko dzięki temu, że organizatorzy mi zaufali; najbliżsi wspierali, a uczestnicy – chcieli wysłuchać.

W gruncie rzeczy – niczego nie osiągamy tylko i wyłącznie dzięki własnej pracy. Ta praca jest konieczna, ale wszystko, czego dokonujemy, dokonujemy dzięki pomocy Innych ludzi, nawet jeśli ta pomoc na pierwszy rzut oka jest niewidoczna. Możemy sobie nie zdawać sprawy z tego, że czyjeś zdanie rezonuje w nas i skłania nas do rozmyślań, rozmyślania do wniosków, a te z kolei do działania.

Dlatego z tego miejsca chciałam Wam, moim Czytelnikom podziękować, ponieważ bez Waszego wsparcia, Waszej obecności tutaj, na blogu i w mediach społecznościowych – nie mogłabym robić takich rzeczy. Rzeczy – które mam cichą nadzieję – wpływają pozytywnie na rzeczywistość.

Dziękuję za wszystkie fantastyczne, trudne, inspirujące i dające do myślenia rozmowy.

Za polecane teksty.

Za spotkania.

Za wyrażanie własnej opinii, pokazywanie innej perspektywy.

Za niesie moich treści dalej.

Dziękuję, że tworzymy społeczność osób, którym zależy na edukacji.

 

A komu Wy chcielibyście szczególnie podziękować i za co?

 

Ściskam mocno – Samanta

 

PS. Teraz już wiadomo o co chodzi z tym tytułem 😉