Jak zapowiadałam jakiś czas temu na Facebooku, rozmawiałam z Panem Adamem Pawłowskim – historykiem, uczącym nie tylko historii, ale również WOS-u, będącym również bibliotekarzem. Panu Adamowi wciąż mało, więc postanowił w 2015 roku otworzyć bloga Historia Know-how. Nazwa mówi sama za siebie 🙂 O tym, dlaczego ten niezwykły historyk został belferem oraz dlaczego określam go przymiotnikiem „niezwykły” dowiedziecie się z tego wywiadu. Życzę inspirującej lektury!

 Pytanie, od którego rozpoczynam każdy wywiad: kim jest nauczyciel?

Zaczynamy od bardzo trudnego pytania. Powiem szczerze, nie wiem, kim jest nauczyciel, ani tym bardziej nie wiem, kim będzie w przyszłości i to ostatnie bardzo mnie martwi.  Dawniej nauczyciel miał uczyć, przekazywać swoją wiedzę uczniom, a przy okazji miał pomagać w wychowaniu. Obecnie czasy się strasznie zmieniły. Czasami myślę, że nauczyciel ma wychowywać zamiast rodziców, ma być opiekunką do dzieci, gdyż rodzice nie mają czasu na ich wychowanie. Coraz mniej natomiast samej nauki, gdyż rodzice wolą posłać swoje pociechy na długie popołudniowe godziny niemal każdego dnia na korepetycje za ciężko zarobione pieniądze, gdy dziecko jest już po kilku godzinach obecności w szkole potwornie zmęczone. Innym razem, pod wpływem słuchania o niżu demograficznym, myślę sobie, że nauczyciel dzisiaj to trochę potencjalny bezrobotny, ktoś, kto nie może być pewien swojej pracy, nie może skupić się na nauczaniu, gdyż odrywa go od kontaktu z uczniem masa problemów, papierologii, która ogarnęła szkołę w ostatnich latach. To, co mnie jednak najbardziej niepokoi to to, że nauczyciel jest często takim workiem do bicia we wszystkich rozmowach o reformie edukacji. Dziś nie szanuje się tego zawodu. Z kucharzy, fryzjerów, modelek, fotografów i wielu innych zawodów robi się celebrytów, idoli współczesnej młodzieży, a tymczasem ktoś, kto posiada wiedzę, nieraz ogromną, jest traktowany z przymrużeniem oka lub jako fachowiec bez przyszłości, zawód dobry na wiek XIX, a nie XXI. My nauczyciele również powinniśmy uderzyć się w piersi. Przyczyniliśmy się w jakimś stopniu do tego stanu rzeczy, jaki obecnie mamy, stąd musimy walczyć o to, aby go teraz zmienić.

Trochę sceptyczne spojrzenie, jest jednak w nim wiele prawdy. A ma Pan jakiś pomysł na to, w jaki sposób nauczyciele mogą uratować, poprawić swoją pozycję? Wydaje mi się, że zbyt często z kręgów polskich nauczycieli słyszy się słowo „nie”. Że to się „nie uda”, tego „nie da się zrobić”, a na to „nie ma pieniędzy”, a przecież polscy belfrzy to wspaniali, świetnie wykształceni ludzie.

Dlaczego ma się coś nie udać, skoro cały czas zapewniamy uczniów, że wszystko jest w zasięgu ręki, wystarczy tylko chcieć, a pamiętajmy, że chcieć to móc. Jak zmienimy swoje podejście i przede wszystkim, jak nauczymy się „sprzedawać” w mediach swoją pracę i swoje sukcesy, wtedy poprawimy własną pozycję. Ale pamiętajmy, na to pracować musi cały zespół nauczycielski, a nie tylko jakaś jego część w skali kraju.

Uczmy się ciągle, powiększajmy wykształcenie, róbmy kursy praktycznych rzeczy, poznawajmy nowe technologie, np. spróbujmy w jakiś sposób nauczyć się wykorzystywać portale społecznościowe do nauki, do lepszej komunikacji z uczniami i przede wszystkim czytajmy, dużo czytajmy. Wrócę jeszcze myślą do kursów, zachęcam np. do szkolenia z marketingu, gdzie nauczą nas jak zaprezentować światu nasze sukcesy w edukacji lub, m.in. swoim uczniom, nasze hobby, o którym czasami mało kto wie, a może akurat ktoś zacznie podzielać nasze zainteresowania. Tylko tak możemy poprawić pozycję nauczycieli, opinię o nich w społeczeństwie.

Od jak dawna Pana pasją jest historia?

Odkąd pamiętam kochałem historię. Wyssałem chyba tę miłość do historii wraz z mlekiem matki. Co najważniejsze dla mnie, owa miłość jest odwzajemniona. Historia mnie kocha i udowadnia mi to łatwym i szybkim uczeniem się jej, zapamiętywaniem. Mogę godzinami studiować tę cudowną dziedzinę wiedzy i nie męczyć się przy tym, dzięki czemu po pracy wracam do domu, jem i ponownie zabieram się do pracy, a zarazem pasji, jaką jest dla mnie historia. Być może korzenie rodzinne odegrały w moim stosunku do tego przedmiotu jakąś rolę. W końcu kilka osób z rodziny lubiło historię, a nawet ukończyło takie studia lub pokrewne.

W takim razie możliwe, że pewne zamiłowania są dziedziczne 🙂 Dlaczego w takim  został Pan belfrem? Jakie doświadczenie/zdarzenie przyczyniło się do takiej decyzji?

Dlaczego zostałem belfrem? … Hm. To trochę tak jak z moją pasją do historii, czyli odkąd pamiętam mówiłem, że będę nauczycielem, z tą różnicą, że wiedziałem już jako malec coś niecoś, co to jest historia, natomiast pojęcia belfer nie znałem dość długo, a mimo to mówiłem, że nim będę. Dla małego dziecka często to, co mówią rodzice staje się pewnikiem, oczywistością, a rodzice zawsze zapewniali, że nauczyciel to szanowany zawód, poważany przez wszystkich, więc może trochę pod wpływem moich rodziców, może pod wpływem własnej dedukcji, uznałem, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie zostanie nauczycielem. Ucząc się na poszczególnych etapach edukacyjnych historii, następnie studiując tę dziedzinę wiedzy zastanawiałem się, co mogę robić później w dorosłym życiu, jak wykorzystać moją miłość do historii, jak żyć z tej pasji. Wydawało mi się, że jedynie wykonywanie zawodu nauczyciela pozwoli mi na ciągły kontakt z historią.

Ciekawe, że dziecięce marzenia można realnie przełożyć na życie. Jak to się stało, że jest Pan czynnym nauczycielem historii oraz WOS-u, a dodatkowo pełni Pan również bibliotekarza? Jak udaje się Panu połączyć te zawody? I który z nich daje Panu największą satysfakcję?

Całkiem zwyczajnie. Trochę życie, a trochę ja sam zdecydowałem o tym, że pracuję w szkole dość dużo. W tygodniu mam czterdziestogodzinny czas pracy lub blisko tego i uczę historii oraz pracuję w bibliotece. Na weekendach natomiast pracuję w szkole dla dorosłych i uczę tam jedynie historii. Z WOS-u obecnie nie mam żadnych godzin. Chociaż u mnie wszystko jest dość ruchome, godzę się na to, a nawet sam chcę. Połączenie tych zawodów jest oczywiste i to nie tylko poprzez szkołę. W ramach pracy w bibliotece mam sporo zastępstw z historii, bowiem w mojej szkole (prywatna szkoła podstawowa o profilu katolickim) przykłada się dużą wagę do historii Polski, patriotyzmu. Inny przykład łączenia tych zawodów to tworzenie różnych gazetek okolicznościowych dotyczących ważnych wydarzeń historycznych (chrzest Polski, 35-rocznica zamachu na Jana Pawła II), ciekawych postaci z historii literatury („Pisarz i podróżnik spotykający w Afryce ludożerców, czyli znane i nieznane fakty z życia Henryka Sienkiewicza patrona 2016 roku”, „10 mało znanych faktów dotyczących powieści Henryka Sienkiewicza pt. „W pustyni i w puszczy”, Znani bibliotekarze). Będąc historykiem mogę na różne sposoby wykorzystać historię w pracy w bibliotece. Natomiast praca w bibliotece daje mi nieograniczony dostęp do literatury, zarówno historycznej, jak i każdej innej. Jak chcesz być kreatywny, to musisz czytać, poznawać świat, przeszłość i szukać, ciągle szukać, inaczej będzie wiało od ciebie nudą. Pracując w różnych, chociaż podobnych zawodach, jestem, a raczej byłem spełniony. Wszystkie te zawody, zarówno praca w bibliotece, jak i uczenie historii i WOS-u, dają mi mnóstwo frajdy, niczym nieograniczony dostęp do wiedzy, do robienia czegoś fajnego w życiu. Każdy dzień jest inny, niepowtarzalny i to jest takie piękne. Dzięki tym różnym zawodom zdobywam cenne doświadczenie, nabieram pokory do pracy w szkole, rośnie moja kreatywność, rodzą się w głowie nowe pomysły, które chcę wdrożyć w życie. Być może nigdy by się one nie narodziły, gdybym pracował np. tylko jako nauczyciel historii.

To wspaniałe, móc wykorzystywać swoje umiejętności, wiedzę oraz stanowiska w pracy w różnych, i jak sam Pan powiedział – podobnych do siebie zawodach. Chyba lepszej zapłaty jako samospełnienie nie można otrzymać J Skąd w takim razie pomysł na blog, który w przyszłości ma stać się platformą dla nauczycieli i uczniów?

Blog know-howhistoria powstał z potrzeb chwili w związku z pracą w szkole. Jako początkujący nauczyciel poznawałem zawód i sposoby nauczania historii i WOS-u. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że chociaż Internet jest pełen ciekawych treści, materiałów, pomocy edukacyjnych związanych z interesującym dla uczniów nauczaniem wspomnianych przedmiotów, to jednak wiele z nich jest z błędami, płatna, trudno dostępna, skopiowana z naruszeniem praw autorskich. Wszystko to sprawia, że często ta kopalnia wiedzy jest bezużyteczna lub niepełnowartościowa. Wtedy właśnie pod wpływem takich rozterek wykiełkował mi w głowie pomysł, misterny plan, aby stworzyć na początek blog, a docelowo portal, na którym każdy, nauczyciel i uczeń, człowiek leciwy, ale również niezwykle młody, znający się na historii lub niemający o niej pojęcia, będzie mógł znaleźć wszystko to, co służy nauce historii. Przy czym nie miała to być nauka w dotychczasowym stylu, nie, nie, to nie miała być kolejna internetowa encyklopedia historyczna. Mój plan zakładał nową myśl związaną z nauczaniem historii. Celem moim jest od początku ciekawa nauka tej dziedziny wiedzy poprzez nowe metody kształcenia oparte na sporej ilości interesujących, niesztampowych zadań, które nie tylko nie zrażą do historii, a wręcz przekonają i zachęcą do jej poznawania. Takie przyświecały mi ideały, nieco wzniosłe, ale prawdziwe, zwłaszcza, gdy widzi się w szkole postępujące znudzenie historią, marginalizację tej dziedziny wiedzy w obecnych czasach, zmniejszenie popularności studiami historycznymi czy nawet szerzej humanistycznymi.

Wzniosłe ideały, ale myślę, że nie kto, jak nauczyciele powinni właśnie myśleć w ten sposób i zmieniać rzeczywistość. Jak Pan sprawdza, czy Pana założenia sprawdzają się w praktyce? Pańscy uczniowie korzystają ze know-howhistoria?

Moi słuchacze ze szkoły dla dorosłych na pewno korzystają z know-howhistoria żeby znaleźć tam rozwiązania do zadań, testów, które zadaję na lekcjach, ale uczniowie ze szkoły podstawowej raczej jeszcze nie. Ten etap dopiero przed nimi w gimnazjum. Życzyłbym sobie, żeby moi uczniowie wchodzili na bloga w celu poznawania historii, dowiedzenia się czegoś nowego, rozwiązania interesującej krzyżówki, a nie tylko zdobycia pomocy, chociaż to też jest ważne.

Natomiast powracając do pierwszej części pytania, to najlepiej realizowane na lekcjach założenia, metody sprawdzają się w praktyce w postaci sprawdzianów oraz udziału uczniów w konkursach. Jeśli sprawdziany dobrze wypadają i uczniowie odnoszą sukcesy to znaczy się, że zrealizowałem założenia, że udało się kogoś wyedukować.

niezwykły historyk

Jak Pan znajduje czas na tak szeroką działalność kulturalną? Mam na myśli – prowadzenie bloga, tworzenie materiałów dydaktycznych, pisanie artykułów do różnych czasopism.

I tu jest problem. Otóż nie znajduję tego czasu. Mam duże problemy czasowe i odbija się to po prostu na moim życiu prywatnym. Coś za coś. Trzeba zrezygnować z pewnych zainteresowań, działalności na rzecz innych. Zazwyczaj po pracy wracam do domu i tam ponownie siadam do pracy tylko już nikogo nie nauczam, nie wypożyczam nikomu książek, natomiast robię coś z historią i książkami. Czyli piszę artykuły, posty na bloga, tworzę materiały dydaktyczne. Rezygnuję powoli z pisania artykułów naukowych. Nie mam na to czasu, a to naprawdę wymaga ogromnego wkładu pracy, aby taki tekst rzeczywiście się ukazał w czasopiśmie naukowym. W chwili obecnej czekam na ukazanie się dwóch artykułów i to czekanie zniechęca do tego typu działalności. Na jeden z nich czekam już bowiem drugi rok, gdyż przyczyny finansowe uniemożliwiają ukazanie się kolejnego numeru. Czasami jest też tak, że sporo czasu poświęcę na artykuł, a on nie zostanie wydany, gdyż okazał się za słaby pod względem merytorycznym lub nie dość nowatorski, albo jeszcze coś innego. To też deprymuje. Najbardziej zniechęcającym jest jednak sytuacja, gdy jeden z recenzentów jest na „tak”, a tymczasem drugi skrajnie na „nie”. Wtedy człowiek się zastanawia, o co tu chodzi, że jeden naukowiec akceptuje pracę, a drugi o podobnym stopniu naukowym odmawia tej pracy naukowości. Później jednak przechodzą mi te myśli, a zaczyna z powrotem kołatać w głowie blog. Wielu ludzi myśli, że prowadzenie bloga to tylko takie tam luźne sobie pisanie, łatwe, nic nie kosztuje czasu. Podobnie zresztą z nauczycielstwem, że jedynie odbębnią 18 godzin i nic nie robią, mają ciągłe wolne, a w wakacje to już w ogóle full wypas. Tymczasem nie jest to takie proste, jak się chce robić coś dobrze, kreatywnie i odnosić w tym sukcesy, to trzeba się poświęcić i robi się to znacznie dłużej niż jakieś 18 godzin. Prowadzenie bloga, a zwłaszcza portalu, czyli to, co zamierzam do końca wakacji stworzyć, kosztuje czasowo, ale również finansowo przy założeniu oczywiście, że strona taka będzie poczytna. Ja chciałbym odnieść w tym aspekcie sukces, czyli życzę sobie bardzo dobrego wyniku poczytności. Już teraz po krótkim okresie działalności miałem np. w maju 6 tysięcy wejść na blog, a chciałbym dużo więcej. Mój blog ma charakter edukacyjny, w związku z tym muszę poświęcić mu sporo czasu, aby pojawiające się na nim treści zawierały pewny poziom pod względem merytorycznym.

Z resztą, gdybym pisał luźne przemyślenia dotyczące mojego codziennego życia, to też wymagałoby odpowiedniego poświęcenia czasu. Po prostu jak się chce coś zrobić dobrze, trzeba się poświęcić bez reszty. Ja tak zamierzam zrobić, co, jak co, ale pomysłów mnie i mojej żonie nie brakuje, mam nadzieję, że w krótkim czasie zaskoczymy blogosferę.

Miałam właśnie pytać o dokładne plany związane z rozwojem portalu, ale uprzedził mnie Pan i zaspokoił moją ciekawość. Ma Pan rację, jeśli chce się być w czymś dobrym, to trzeba temu poświęcić odpowiednio dużo czasu. Wiem, że Pana czas oraz zaangażowanie włożone w tworzenie niezwykłego miejsca zaowocuje ogromnym sukcesem.

Mam taką nadzieję, aczkolwiek każdego roku powstaje mnóstwo ciekawych, przydatnych stron internetowych, które mogłyby pomagać w nauce, a tymczasem wiele z nich upada. Chciałbym, żeby akurat mnie i mojej żonie starczyło sił do wytrwałej pracy, która zaowocuje sukcesem w postaci ogromnej poczytności know-howhistoria, ale jak będzie już praktyce od września to zobaczymy.

Skąd czerpie Pan pomysły na lekcje historii i WOS-u?

Obecnie przede wszystkim rządzi Internet. Można tam znaleźć dosłownie wszystko, mnóstwo interesujących lekcji do każdego przedmiotu lub pracy w bibliotece. Nie trzeba ich w 100 % wykorzystywać, zresztą zawsze się nie da, gdyż zawierają jedynie sam opis, bez wszelkich pomocy związanych z przeprowadzeniem takiej lekcji. To często trzeba wykonać samemu, a dla wielu stanowi to nie lada problem i rezygnują. Tutaj właśnie pojawia się w kwestii uczenia-nauczania historii mój blog know-howhistoria, który oferuje lub będzie oferował wszelkie pomoce dotyczące ciekawego prowadzenia lekcji, ale to tylko do jednego przedmiotu. Nie wiem jak z innymi przedmiotami, czy są już jakieś blogi, ewentualnie portale internetowe, które bezpłatnie oferują takie materiały dydaktyczne. Zapewne można coś takiego w Internecie znaleźć, gdyż jak wspomniałem jest to istna kopalnia wiedzy, materiałów, pomocy, choć także wielu różnych śmieci do niczego niepotrzebnych.

Nawet jeśli jednak nie znajdziemy potrzebnych pomocy do opisu konkretnego pomysłu na lekcję, to już samo jego znalezienie jest dla nas nauczycieli ważną pomocą, dużym ułatwieniem. Innym źródłem skąd czerpię pomysły na lekcje są po prostu książki i czasopisma.

Należy czytać, czytać i jeszcze raz czytać, szperać, poszukiwać. W ten sposób można coś podpatrzeć, doczytać, poznać pewne ciekawostki, które niekiedy potrafią uratować lekcję i zainteresować naprawdę odpornych na wiedzę uczniów.

Tylko w domu, razem z żoną Agnieszką, posiadamy około tysiąca książek. Do tego jeszcze czasopisma, a poza tym pracując w bibliotece korzystam w dowolny sposób z książek dostępnych w szkole. Jeśli czegoś nie znajduję w domowych lub szkolnych zbiorach, to zawsze mogę skorzystać z innych bibliotek. Rozwiązań jest dużo. Dzisiaj nauczyciel ma nieskończone możliwości czerpania inspiracji do przeprowadzenia lekcji.

Chętnie zobaczyłam Pana bibliotekę! Podpisuję się pod Pana zdaniem, że aby prowadzić ciekawe zajęcia, trzeba po prostu czytać. Bez poszukiwań człowiek zatrzymuje się i stoi w miejscu. A jak sam Pan powiedział, możliwości jest nieskończenie wiele do czerpania inspiracji na zajęcia.

Tak, wystarczy tylko chcieć i wierzyć w to.

historyk

Jakie w takim razie są Pana sposoby na przeprowadzanie dobrej lekcji?

Nie ma takich. To, co zadziała w jednej klasie wcale nie musi sprawdzić się w drugiej. Każda lekcja jest zależna od szeregu czynników i jej powodzenie następuje dopiero po spełnieniu ich wszystkich. Z drugiej strony jednak należałoby zapytać najpierw, co rozumie Pani przez zwrot „dobra lekcja”? Ciężko powiedzieć, czy takie pojęcie w ogóle istnieje. Dla niejednego nauczyciela będzie to całkiem różne pojęcie. Dla belfra pracującego z trudną młodzieżą „dobra lekcja” oznacza lekcję, gdzie udało mu się zrealizować całość programu dotyczącą danego tematu. Natomiast dla nauczyciela ze szkoły, gdzie uczą się olimpijczycy, laureaci konkursów „dobrą lekcją” będzie już zupełnie, co innego. Mimo wszystko jednak powinniśmy dążyć do ideału i zawsze starać się zakończyć lekcję z przekonaniem, pewnością, że każdy uczeń wszystko zrozumiał i nic nie stanowi dla niego niewiadomej.

Ma Pan rację, dla każdego nauczyciela będzie to oznaczać coś innego, co w takim razie dla Pana znaczy „dobra lekcja”, skąd Pan wie, że wykonał Pan kawał dobrej roboty, że temat/metoda pracy się spodobała uczniom?

Dla mnie „dobra lekcja” jest wtedy, gdy zrealizuje program, gdy każdy uczeń opuszcza klasę w przeświadczeniu, że wszystko zrozumiał.

Oczywiście zawsze są pewne niuanse, które po drodze wyniknął i sprawią, że spieszymy się z materiałem, czegoś nie zrobimy perfekcyjnie, ale pobieżnie po łepkach. Kto nigdy nie pracował w szkole, ten może nie zrozumieć tego, ale tak to już jest. Nie zawsze trafimy na zdolnych uczniów, którzy łapią wszystko w mig. Czasami przyjdzie nam edukować słabszych uczniów i nieraz poniesiemy porażkę w związku z tłumaczeniem tematu, co będzie trwało nie jak zaplanowaliśmy jedną lekcję a dwie lub nawet trzy.

Natomiast, jeśli chodzi o to, czy wiem, że wykonałem dobra pracę to weryfikuję tą kwestię na trzy sposoby. Po pierwsze rozmawiam z uczniami. Oczywiście nie zawsze rozmowa wystarcza, ponieważ jak to uczniowie, często chcieliby iść na skróty i dostawać dobre oceny najlepiej za darmo lub za niewielki włożony trud. Ale niekiedy z takiej rozmowy można się dużo dowiedzieć, czy określone formy nauki im odpowiadają. Po drugie dobrym sposobem na zweryfikowanie czy wszystko się udało są sprawdziany. Wysokie wyniki ze sprawdzianów oraz testów są również potwierdzeniem dobrze wykonanej pracy. A po trzecie i to chyba najważniejsze, olimpijczycy, laureaci konkursów lub finaliści. Jeżeli mamy takowych uczniów to również możemy mieć powód do dumy, że udała nam się lekcja i to nie jedna. Ja w tym roku w konkursie „Losy żołnierza i dzieje oręża polskiego w latach 1531-1683. Od Obertyna do Wiednia. Rzeczpospolita Obojga Narodów” prowadziłem pięć osób. Dwóch chłopców zostało laureatami konkursu. To jest bardzo motywujące, zachęcające do dalszej pracy za rok.

Co Pan najbardziej lubi w byciu nauczycielem?

Najbardziej lubię niepowtarzalność każdej lekcji lub nawet dnia. Nawet, jeśli czasami zadane pytanie rozwala całą lekcję lub odrywa nas od głównego wątku, to jest to cudowne. Miałem taką sytuację, że do tematu upadku republiki rzymskiej i narodzin cesarstwa uczniowie zawsze pytali – co też zrozumiałe – o osobę Gajusza Juliusza Cezara i jego zapędy dyktatorskie. Pewnego dnia jednak uczeń po obejrzeniu filmu o życiu prywatnym Rzymian przyszedł i zapytał mnie, zanim innym przyszło w ogóle do głowy jakiekolwiek pytanie, czy Cezar utrzymywał stosunki homoseksualne ze wschodnim władcą dużo od siebie starszym. Sądzi Pani, że w klasie był jeszcze ktoś zainteresowany upadkiem republiki rzymskiej? Oczywiście, że nie.

Wykonywanie zawodu nauczyciela to praca z ludźmi, a to powoduje, że nigdy nie uda się lekcji poprowadzić w takim sam sposób jak innego dnia z inną klasą. Nieraz decyduje o tym banał, drobny element niekiedy nawet nic z pozoru nieznaczący. Przeleci ptak za oknem, ktoś się zaśmieje, ktoś kichnie lub po prostu zabraknie najlepszych trzech uczniów i nie ma, kto odpowiadać na pytania nauczyciela lub zgłosić się do tablicy. Elementów składających się na proces nauczania-uczenia jest całe mnóstwo. Grunt to być na luzie, otwartym na innych.  Dzięki temu łatwiej można nawiązać nić porozumienia, kontakt z uczniami. Moja żona uczy historii w gimnazjum. Pewnego dnia zjadła pączka na przerwie, a następnie szła korytarzem. Wszyscy uczniowie się na nią patrzyli, jedna uczennica do tego stopnia dostała wytrzeszczu oczu, że moja Agnieszka zapytała „na co się patrzysz?”. Nic nie usłyszała. Następnie weszła tuż przed dzwonkiem do klasy. To, co wtedy zobaczyła wywołało pewną konsternację. Otóż cały dżem z pączka skapnął jej na bluzkę. Śmiała się później do uczniów i nauczycieli, że czemu jej nie powiedzieli. Tylko tak dało się wybrnąć z tej całej sytuacji, żeby jakoś zachować twarz. Tak to jest w szkole, że czasami trzeba się nawet z siebie śmiać, umieć przyznać się do błędu przed uczniami lub, że czegoś nie wiemy. Tylko tak będą nas uczniowie szanowali i znajdziemy u nich akceptację.

Szkoła jest żywym organizmem i wszystkiego nie da się zaplanować, zorganizować a nierzadko trzeba bardzo szybko reagować. Ciekawy przykład Pan podał, który bezpośrednio z samym nauczaniem nie jest związany, ale może mieć wpływ na ten proces, właśnie przez to jak reagujemy na czysto ludzkie zachowania. Co jest według Pana najtrudniejsze w tym zawodzie?

To, co najtrudniejsze, to ogromna niepewność. Niepewność, co tak naprawdę przyniosą nowe czasy, które już teraz generują dla szkoły i nauczycieli istotne problemy w rozwiązaniu, których musimy sobie jakoś wszyscy poradzić. Otóż obecnie powszechna cyfryzacja wdziera się głęboko do szkoły. Już zrewolucjonizowała stosunku międzyludzkie do tego stopnia, że uczniowie, a nawet ich rodzice, nie potrafią wytrzymać dłuższej chwili bez telefonu komórkowego, tabletu lub komputera. Przez to zwykłe prowadzenie lekcji odeszło w zasadzie do lamusa.

Społeczność uczniowska oczekuje na każdym etapie edukacyjnym nowych metod nauczania, nowych bodźców, technik przekazywania wiedzy. Dla nauczyciela istotnym wyzwaniem jest jak prowadzić lekcje, żeby były ciekawe, jak nauczać słuchaczy. Na pewno zgodnie z duchem cyfryzacji, którą belfrzy muszą nie tylko poznać, ale wręcz się jej nauczyć i  ją stosować. Prezentacje multimedialne, wykresy, diagramy, wizualizacje, filmiki puszczane z komputera przez rzutnik itp. to wszystko to już standard. Nauczyciel, który tego nie zna i nie stosuje na lekcjach jest na straconej pozycji w dzisiejszych czasach.

Pytanie, co dalej. W jaką stronę ma się przekształcić szkoła, żeby potrafiła skutecznie nauczać pod kątem rynku pracy. Rodzi się wiele pytań dotyczących przede wszystkim nauczycieli. M.in. o stan wykształcenia belfrów. Czy powinni kończyć tylko jedne studia, czy może do tego stanu uzupełniać wykształcenie powiększając je w trakcie wykonywania zawodu o studia podyplomowe pokrewne lub w ogóle o inne przedmioty. Inna sprawa to, w jaki sposób nauczyciel ma przekonać uczniów, że nauczane treści im się rzeczywiście przydadzą w dorosłym życiu, w pracy. Coraz częściej uczniowie mówią, „po co się tego uczyć, skoro jest to w Internecie”. Jak więc ich przekonać do realizowanego programu szkolnego? A może nauczyciele powinni coraz bardziej filtrować i wybierać z programu najważniejsze treści, które przydadzą się uczniom w przyszłości lub oprócz teorii uczyć czegoś praktycznego. Skoro jestem historykiem to może powinienem uczyć wyrabiać drewniane tarcze, hełmy i wszelkie inne artefakty z danych epok, szyć dawne stroje, odnawiać starocie. Wiązałoby się to z tym, że my, jako nauczyciele, musielibyśmy sami się tego nauczyć. Z drugiej jednak strony człowiek, a tym bardziej nauczyciel, powinien się uczyć całe życie. To tylko takie moje luźne rozważania, myśli, ale na pewno nowe czasy zweryfikują obecny stan, sama teoria już nikomu nie wystarcza, a tym bardziej żadnemu pracodawcy. Obecny rynek pracy jest bardzo wymagający i oczekuje od kandydatów nie tylko wiedzy, ale przede wszystkim pewnych umiejętności, których wydaje mi się nie potrafimy, jako szkoła, nauczać.

Wydaje mi się, że obecnie wielu nauczycieli martwi ta niepewność. Jakich rad udzieliłby Pan osobom rozpoczynającym przygodę bycia nauczycielem historii?

Przychodzi mi do głowy bardzo fajne przysłowie. Mianowicie, „zapomniał wół, jak cielęciem był”. Młodzi nauczyciele powinni pamiętać o nim w trudnych sytuacjach w szkole i przystępować do rozwiazywania problemów dopiero, kiedy sobie przypomną je w duchu. Chodzi mi po prostu o to, że nie jesteśmy Bogiem wszechmogącym w szkole, ale małym trybikiem w naoliwionej maszynie, który też kiedyś był cielęciem potrzebującym opieki, nie wszystko zawsze robiącym idealnie. Rozmawiajmy z uczniami, rodzicami, nauczycielami szczerze, w ten sposób, pamiętając o wspomnianym przysłowiu może będzie łatwiej.

A czego życzyłby Pan swoim uczniom?

Żeby przeżyli ze mną kolejny rok, a to wcale nie jest takie proste. 🙂

Jestem ciekawa, co na to powiedzieliby Pana byli uczniowie. Dziękuję ślicznie za poświęcony czas i tak wyczerpujące odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Życzę wszystkiego dobrego i czekam na wrzesień, by zobaczyć w nowej odsłonie know-howhistoria.

Dziękuję.