Pewnie tego nie wiesz, bo nigdzie publicznie o tym nie mówiłam (ani nie pisałam), ale od pięciu lat zmagam się z kryzysem twórczym. I nie, nie chodzi o to, że przed tymi pięciu laty byłam wybitną poetką/pisarką/artystką, która dzieliła się swoją sztuką z całym światem. I tak, prowadzanie bloga, pisanie postów jest czymś twórczym, mnie chodzi o inny rodzaj pisania. Wcześniej pisałam. Po prostu pisałam. Rzeczy ważne i mniej ważne, bardziej poetyckie i mniej, ale pisałam. Byłam więc pisarką, przed którą wciąż stał ostatni etap procesu pisania, czyli publikacja. I nie, mojego kryzysu nie spowodowały odmowy wydawnictw lub ich milczenie. To nie mogło tego spowodować, bo ani jednego utworu nie wysłałam nigdzie ani do nikogo. No, może poza moim mężem, do którego czasem słałam SMSy o nieprzyzwoitej długości lub formie. Mój mąż był jednym z niewielu lub jedynym czytelnikiem moich utworów. No,dobra – jest to jakaś forma publikacji, ale nie taka o jakiej marzą pisarze i pisarki.

Jeśli jesteś Czytelnikiem mojego bloga, to pewnie czujesz się zagubiona/y, skonsternowana/y – masz w pełni do tego prawo, ale nie przerywaj czytania. Warto dobrnąć choć do połowy.

Źródła opowieści

Każda historia ma swój początek, jakieś źródło, przyczynek, którego tajemnica staje się wystarczającym powodem do tego, by zacząć opowiadać. Ja swoją opowieść powinnam zacząć od momentu, w którym coś we mnie pękło i zablokowało moje pisanie. Jeszcze wcześniej powinnam chyba wspomnieć o tym, że mając 11 lat napisałam pierwszy poważny (dla mnie) utwór i od tamtej pory głównie nocami, w czym popadnie (w sensie: w zeszycie, na kartce, w telefonie, etc.) zapisywałam zdania, myśli, nie raz całe utwory. Robiłam tak do końca szkoły średniej. A co stało się potem? Skąd kryzys?

Powód jest prozaiczny i pokazuje, jak ogromny wpływ na działania twórcze mają nasi Mistrzowie, czyli: nauczyciele, wykładowcy, ci, którzy nas nauczają, prowadzą, posiadają większe doświadczenie i wiedzę. Podczas studiów poznałam wielu inspirujących prowadzących, profesorów z prawdziwego zdarzenia, o których zawsze będę ciepło myśleć. Zdarzali się również tacy, którzy swoją wiedzą nie potrafili się dzielić, jak tylko przez pisanie mądrych książek i wygłaszanie referatów. Byli również tacy, którzy uczyli studiowania i do wszystkiego podchodzili naukowo. Oczywiście miałam przyjemność mieć zajęcia z szeregiem jeszcze innych ciekawych figur, niemniej ci, o których pokrótce wspomniałam, najbardziej zapadli w pamięć. Pewnie przez swą wyrazistość.

W każdym razie, podczas studiów dużo czytałam, bo musiałam. Dużo też pisałam „naukowych” prac, bo musiałam i trochę pisałam, bo chciałam. Od zawsze lubiłam poezję, więc chętnie na zajęciach dyskutowałam o niej i chętnie też wybierałam takie tematy prac zaliczeniowych. W końcu, jeśli musisz już coś robić, to chociaż robić to o czymś, co Cię interesuje. Pisałam dobre i bardzo dobre prace – tak przynajmniej były ocenianie, ale nigdy nie były wystarczająco dobre dla mnie.  W nieskończoność jednak nie da się poprawiać, bo więcej można w ten sposób narobić szkód, niż pożytku. Ten szczegół akurat najmniej istotny jest w tej opowieści.

Pisałam prace i rozmawiałam o poezji, aż na jednych zajęciach, odbywających się w kameralnym gronie, prowadzący powiedział mi, że źle odbieram poezję i że się egzaltuję, a tak poezji nie należy czytać. Jako że jeszcze byłam niewprawioną studentką i o interpretacji (jak mi się zdawało) nie wiedziałam nic albo prawie nic – uznałam, że ma rację. Nie sądziłam jednak, że zgoda ta zaważy na moich kolejnych 5 latach życia i pewnie jej skutki ciągnęłyby się dalej, gdyby nie jedna decyzja i jeden człowiek. Ale o tym napiszę kiedy indziej.

Poważna zmiana

Po usłyszeniu, że źle odbieram poezję, dotarło do mnie, że źle ją odbierałam, odkąd zaprzyjaźniłam się z nią. Uznałam, że muszę ponownie nauczyć się jej czytać. Czytałam rozprawy, manifesty, słuchałam wykładowców i próbowałam odnaleźć coś, co w jakimś stopniu odpowiada moim potrzebom, mojemu spojrzeniu na literaturę, coś co jest mi bliskie lub ważne i jednocześnie wpisuje się w „prawidłowy odbiór poezji” (ten jeden jedyny). Dziś wiem, że nie ma czegoś takiego. Podskórnie to czułam, ale potrzebowałam przyzwolenia na takie myślenie. Znalazłam porozumienie z kilkoma badaczami, ale mimo wszystko nie sprawiło to, że poczułam się lepiej.

Przez ponad pięć lat nie napisałam ani jednego tekstu literackiego, z którego byłabym zadowolona i którym chciałabym się podzielić ze światem. Taki był skutek jednej wypowiedzi jednej osoby, którą w pewnym sensie uważałam za autorytet, która była moim Mistrzem, jeśli chodzi o historię i teorię literatury.  Teoretycznie mogłam olać te słowa, mogłam się nie zgodzić, ale byłam na etapie zgłębiania wszystkiego, co jest literackie i okołoliterackie, byłam laikem, więc co mogłam wiedzieć?

Dziś

Dziś odbieram literaturę na swój sposób, nie boję się polemik i jestem otwarta na inne odczytania danego utworu. Nie ma czegoś takiego, jak jedna słuszna interpretacja. Gdyby tak było, literatura musiałaby być rozkładem jazdy lub instrukcją czegoś, a nie jest. Jest przede wszystkim dialogiem. Na temat odbioru tekstów z chęcią jeszcze coś napiszę, ale innym razem.

I już zupełnie na koniec: Czasem mam wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ogromną rolę odgrywają niektórzy ludzie w naszym życiu. Czasem dodają skrzydeł, używając do tego jednego zdania lub słowa. Tak, dobre słowo otrzymane od Mistrza może czynić cuda. Ludzie wpływają na nasze decyzje, czasem na to, jak patrzymy na świat, a czasem na to, jak postrzegamy samych siebie.

Pomyśl teraz, że Ty jesteś dla kogoś Mistrzem. Czy zdajesz sobie sprawę, w jaki sposób wpływasz na swoich uczniów i ich życie?