Czy krytycy miewają kryzysy

Każdy krytyk literacki w pewnym momencie swojej kariery, o ile nie jest to decydujący moment w jego życiu, zastanawia się nad tym, co widzi, gdy patrzy na literaturę. Zastanawia się nad istotą swojej krytycznej egzystencji i raz po raz próbuje dowartościować swoje istnienie faktem, że już sporo napisał, a skoro sporo napisał, skrytykował, to z pewnością pisał o czymś ważnym. W końcu dostał za to pieniądze. Ta psychologiczna machina przekonywania samego siebie, że wypełniło się swoje życie czymś wartościowym sprawdza się świetnie w kryzysowych sytuacjach. Może są też tacy krytycy, którzy nigdy nie mieli wątpliwości, czym się zajmują i że czynność ta jest sensowna? Są? Nie jestem przekonana co do szczerości ich wypowiedzi. Każdy miewa kryzysy, te mniejsze oraz większe, ale zazwyczaj doprowadzają one do przekonania, że „trzeba dalej robić swoje”.

Krytycy akademiccy próbują ogarnąć całą literaturę, by ją uporządkować, zaklasyfikować, opatrzyć podpisem zgodnie z gatunkiem, jak robią to botanicy. Ta powieść leży tu, bo ma takie i takie cechy, ta z kolei posiada to i to, więc będzie leżeć tam, ten z kolei autor należy do literatury popularnej, więc nie zaprzątajmy sobie za bardzo nim głowy. Zajmijmy się poważną literaturą, która zasługuje na uznanie. I dziwisz się teraz, dlaczego krytycy miewają kryzysy? Próbują dokonać czegoś, co w pewnej mierze jest zasadne – w końcu człowiek to istota, która lubi widzieć sens i widzieć uporządkowany świat. Niestety, jak każde szufladkowanie to powoduje zafałszowanie rzeczywistości.

Akademicy często siedzą w swoich gabinetach, bibliotekach, czasem wychodzą na spotkania z pisarzami, rozmawiają z nimi, doceniają kunszt, warsztat – ale wszystko to dzieje się wokół słowa pisanego, które funkcjonuje w oficjalnym obiegu. Część literatury, która żyje swoim życiem i ma się całkiem dobrze, jest zupełnie pomięta w dyskursie akademickim – a to dlatego, że nie została „odkryta” albo przyczepiono jej łatkę „zabawy w literaturę”. Może się mylę, może krytycy mają czas na uczestniczenie w takiego typu spotkaniach, jak comiesięczne „Poezje i Herezje”, tylko zwyczajnie o tym nie piszą. Wspominam o tym, ponieważ właśnie tam, w Zielonym Kontrabasie na Kazimierzu po raz pierwszy zetknęłam się z poezją Szymona Słomczyńskiego oraz z poezją innych aspirujących do miana poetów.

Wydaje mi się, że problem z klasyfikacją literatury jest znacznie większy i bardziej skomplikowany, niż początkowo sądziłam. Prawdopodobnie można byłoby o tym książkę napisać albo i całe tomiszcza, a pewnie i tak znalazłby się ktoś, kto jeszcze mógłby coś dodać od siebie. Zależało mi jednak na tym, by nakreślić pewną przypadłość uczonych, którzy znają się na literaturze, a teraz pora na uczonych polonistów – dydaktyków.

Dydaktycy pytają: „dlaczego młodzi nie czytają?”

Wszystkich dydaktyków polonistów martwi fakt, że młodzi nie czytają albo czytają za mało i zastanawiają się wciąż – dlaczego tak się dzieje. Odpowiedzi też sami znajdują, ba – podejmują również działania, by zachęcić młodzież do bycia aktywnym czytelnikiem. Jedni odnoszą w tym sukcesy, a inni? Klęski.

Dlaczego? Z prostej przyczyny. Powinniśmy wyjść od pytania: dlaczego mają czytać? Po co? I wracamy do początku – ważna jest sensowność oraz celowość działania. Jednak w przypadku zachęty do lektury nie wystarczą słowa nauczyciela – „To warta przeczytania książka.” Uczniom trzeba dać możliwość doświadczenia tego, wywołać emocje, sprowokować do refleksji jeszcze przed aktem lektury. Gdy wspominam swoje lekcje języka polskiego, nie pamiętam, abyśmy mieli zajęcia „przedlekturowe”, które rozbudziłby naszą ciekawość w pozycji, która czekała w kolejce do „przerobienia”. Dlatego cieszy mnie fakt, że teraz dydaktycy zwracają uwagę na to, jak ważna jest lekcja zachęcająca do lektury. Martwi mnie jednak z kolei to, że wciąż słyszę o „omawianiu” albo co gorsza – o „przerabianiu” książki. A przecież o literaturze się dyskutuje…

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do opracowań tekstów, do „właściwych” interpretacji, do archaicznej wręcz klasyfikacji odczytań, że zatraciliśmy i przyjemność lekturą, i sens rozmowy o literaturze. Chodzi mi o rozmowę przepełnioną wrażeniami lekturowymi, tym, co nas zaskoczyło, zdumiało, zaciekawiło, zatrwożyło, co spowodowało wzruszenie, skłoniło do refleksji. Literatura stała się przedmiotem badawczym również w szkole, ale w złym znaczeniu tego słowa. Do obcowania z nią używamy rękawiczek, skalpelów i unikamy wszystkiego, co mogłoby zabrudzić dzieło. Chcemy mu się przyjrzeć z dystansem, jak chirurg, który operuje ciało a nie człowieka. Który oddziela operowany skrawek od żywego organizmu myślącego. Podobnie dzieje się w szkołach. Omawiamy dzieła, zamiast dać się wciągnąć w niebezpieczną, acz fascynującą przygodę lub romans z tekstem literackim.

Jestem kategorycznie za zniesieniem „omawiania” oraz „przerabiania” lektur w szkole. Mamy umysły, serca oraz usta – zacznijmy ich używać. Młodzi ludzie tylko w ten sposób nauczą się krytycznego myślenia o świecie, jeśli sami coś dostrzegą, jeśli będą mogli podzielić się swoim zdaniem, jeśli będą mogli je skonfrontować ze zdaniem innych, choćby zdaniem badacza. Nie ma nic gorszego, niż wmawianie uczniom, że „autor właśnie to miał na myśl” albo „tylko dany badacz zna prawdę, bo przeczytał wszystkie książki tego pisarza.” Literatura to coś więcej.